Stanąłem przed drzwiami, za którymi jak mi się wydawało chwilę temu wydobywały się dziwne dźwięki. Pełen obaw, pociągnąłem za klamkę i pchnąłem drewnianą podłogę. Ta ustąpiła mi, a wtedy moim oczom ukazał się przerażający widok.
Szybko pokuśtykałem do łóżka, na którym leżała dziewczyna. Nigdy nie widziałem jej w takim stanie i nie chciałem, żeby tak to się skończyło. To wszystko było moją winą. Moją, pieprzona winą. Mogłem ją zostawić w tym klubie, wróciła by do miejsca, w którym była wcześniej. Żyła by sobie spokojnie, cała i zdrowa. A teraz? Leży na wpół żywa. Bo żyje prawda?
Spojrzałem przerażony na aparatury, które wolnym tempie wybijały pracę jej drobnego serduszka. Dzięki Bogu...
Wyglądała jakby przez najmniejszy dotyk mógłaby rozpaść się na kawałki. Wtedy coś we mnie pękło.
Moje oczy zaszły łzami, a ja poczułem się słaby. Taki właśnie byłem. Płakałem nad Rocky, a ona nie zrobiła najmniejszego ruchu.
-Przepraszam. Przepraszam za wszystko. Za to jaki byłem w stosunku do ciebie. Ja po prostu nie umiałem sobie poradzić z sytuacją i wszystko zwaliłem na Ciebie. Teraz tego żałuję. To w jakim jesteś stanie... To też moja wina. Przepraszam...- cicho szlochałem, głaszcząc jej posiniaczony policzek. Patrzyłem na jej zamknięte powieki. Dlaczego nie otworzy oczu? Skanowałem wzrokiem jej twarz aby po chwili zatrzymać się na ustach. Były teraz w odcieniu fioletu.
Językiem oblizałem swoje wargi, powoli zbliżając się do jej ust. Od ich zetknięcia dzieliły milimetry, ale nie otworzyła oczu. Wtedy drzwi się otworzyły, a ja szybko odsunąłem się od dziewczyny lecz dalej stałem obok jej łóżka.
-Powinieneś być w łóżku, Harry. -rozpoznałem głos Tom'a. Nawet nie drgnąłem.
-Co jej jest? - mój głos był cichy. Mężczyzna westchnął i podszedł do mnie.
-Dostała strzał w klatkę piersiową. Kula przedostała się do płuca, powodując krwotok wewnętrzny. Ma też połamane kilka żeber. Straciła dużo krwi i do tego jest całą posiniaczona. Po tym jak udało mi się zatamować krwotok zapadła w śpiączkę. Staram się doprowadzić jej stan do stabilności, ale jej serce w każdej chwili może się zatrzymać. Nawet próbowało parę minut temu, ale udało się ją uratować.- teraz spojrzał mi w oczy z niesamowitym smutkiem i troską.- Ona może nie przeżyć nawet kilku następnych dni.
Moje policzki były mokre. Żadne słowa wypowiedziane przez niego nie docierały do mnie.
-Nie może. Nie teraz... - każdy oddech zaczął sprawiać mi ból, a przed oczami zobaczyłem czarne plamki. Ciemność...
* * *
Wiatr
targał moje loki, a zimna skała chłodziła moje plecy. Otworzyłem oczy,
by zobaczyć polane. Było tu pełno kamieni, kwiatów i gór. Gdzie ja, do
cholery jestem?
-Harry...- usłyszałem delikatny i tak dobrze znany mi głos.
-Harry...- usłyszałem delikatny i tak dobrze znany mi głos.
Szybko rozejrzałem się dookoła. Wtedy zobaczyłem... mamę?
-Mamo...
Jak...? Ty przecież... - głos mi się załamywał. Patrzyłem na postać
drobnej kobiety z niedowierzaniem. Przecież ona nie... ona... O Boże...
-Chodź
do mnie, synku.- szybko rzuciłem się w jej stronę. Przytuliłem ją
powoli i delikatnie. Ona naprawdę tu jest! Zaciągnąłem się jej cudownym
zapachem.
-Tak bardzo tęskniłem. Wróć to mnie. Proszę.- płakałem jak bachor, ale nie ruszało mnie to.
-Shhh...
Spokojnie. Jestem tu.- przesunęła mnie teraz na długość swoich ramion i
popatrzyła w moje oczy.- Posłuchaj m,nie uważnie. Musisz mi pomóc.
-Zrobię wszystko.-szybko zapewniłem, a na jej twarzy pojawił się skromny uśmiech.
-Musisz kogoś przekonać, aby wrócił z tobą z powrotem.
-Kogo?
-Ją.- popatrzyła gdzieś za moim plecami, a ja się odwróciłem.
Zobaczyłem
dziewczynę w białej zwiewnej sukience. Jej włosy były rozwiewane przez
wiatr, a materiał falował. Biegała miedzy kamieniami, śmiejąc się
głośno. Znałem ten ten melodyjny śmiech. Popatrzyłem z powrotem na moją
rodzicielkę.
-Ona musi wrócić. Jeszcze dużo przed nią. Nie może zostać ze mną. Namów ją, może ciebie posłucha.
-Ona mnie nienawidzi. Za dużo krzywdy jej zrobiłem.
-To nieprawda. Ona cię kocha, wiem to. Zaufaj mi i idź.- podeszła do mnie i pocałowała mnie w policzek. - Do zobaczenia Harry.
-Nie... Mamo proszę.- ale ona nie słuchała. Odeszła.
Wytarłem mokre policzki i wziąłem głeboki oddech.
-Porozmawiam
z nią. Żegnaj mamo.- szepnąłem i zacząłem się zbliżać do brunetki która
teraz siedziała na kamieniu i wpatrywała się w zachód słońca.
Usiadłem obok niej, ale ona nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi. Dobiero po chwili się odezwała.
-Słyszłąm co do mnie mówiłeś.
-Kiedy?
-Gdy przyszłeś do mnie. Przed tym jak tu trafiłeś.
-J-jak t-too?- jąkałem się nie wiedząc jak wybrnąć z sytuacji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz