niedziela, 4 października 2015

Epilog

*Harry*

Patrzyłem w sufit zastanawiając się co teraz zrobić. Nie mogę pozwolić, żeby odeszła. Za dużo dla mnie znaczyła. Może to ja powinienem odejść zamiast jej? Tak. Tak będzie dobrze. Nareszcie dobrze.
Szybko podniosłem się z łóżka, co spowodowało, że zakręciło mi się w głowie. Otrząsłem się z otumanienia i ruszyłem do pokoju, w którym znajdowało się jej ciało. Otworzyłem drzwi by zobaczyć tą samą bladą skórę, zapadnięte policzki i sińce. Przysunąłem taboret do jednej strony łóżka i usiadłem na nim. Wziąłem w swoją dłoń jej kruchą i delikatną. Popatrzyłem na zamknięte powieki tak intensywnie jakbym przez sam mój wzrok miały się otworzyć.
-Wiem, że mnie słyszysz i pewnie czekasz, aż spełnię twoją prośbę, ale...- spuściłem wzrok na podłogę, zastawiając się nad dalszymi słowami- Ale ja nie mogę tego zrobić. Zależy mi na Tobie, Rocky. Wiem, że jestem ostatnim skurwysynem i pewnie masz mnie gdzieś, ale ja ciebie nie. Te wszystkie słowa, które Ci powiedziałem, kiedy tu ostatni raz byłem to prawda. Cholerna prawda. Nie chciałem się potem do tego przyznać, bo myślałam, że mnie wyśmiejesz. Głupie, co?- zaśmiałem się pod nosem.
Cisza znów nastała, a ja oczekiwałem najmniejszego jej ruchu. Nic takiego się nie stało. Westchnąłem i kontynuowałem dalej.
-Jeśli nie wrócisz to... To... To ja przejdę tam do Ciebie,ale ty razem na zawsze. Chyba wiesz co mam na myśli? Nie upuszczę Cię, nie dałbym rady. Wiem, że jesteś w stanie wrócić. Zrób to proszę, a jeżeli naprawdę ja jestem tym powodem dla którego nie chcesz wrócić, to odejdę. Daj mi teraz jakiś znak. Poruszaj ręką, otwórz oczy, cokolwiek.
Wtedy jak na zawołanie maszyny znów zaczęły piszczeć.
-Rocky nie próbuj! Nie! Masz do mnie wrócić! Rocky proszę!
Do pokoju wszedł Tom i szybko wyrzucił mnie za drzwi. Odchodziłem od zmysłów. Dlaczego ona mi to robiła? Opadłem na podłogę. Nogi podwinąłem do klatki piersiowej, kładąc głowę na kolana. Dopiero teraz sobie uświadomiłem, że płaczę, gdy poczułem wilgoć na rękach.
Nie wiem ile tak siedziałem. Może kilka minut, pół godziny, godzinę lub dłużej. Drzwi się otworzyły, a z nich wyszedł Tom. Popatrzył na mnie z rozpaczą. Nie...
-Harry posłuchaj mnie. Ona nie... Rocky...Przykro mi.- podszedł do mnie i położył rękę na moim ramieniu.
-Nie. Pomyliłeś się. Żyje. Żyje, musi.- szeptałem do siebie jak jakąś mantrę – Dlaczego nic nie zrobiłeś?! Dlaczego jej nie uratowałeś?! Jesteś ,kurwa lekarzem!
Stał nie wzruszony moim wybuchem, co mnie jeszcze bardziej sfrustrowało. Miałem nadzieję, ze ona zaraz wyjdzie tu i mnie uspokoi. Powie, ze wszystko już dobrze. Ale nic nie jest dobrze. Odeszło ode mnie. To koniec.
Rzuciłem się do pokoju. Nie mogę tu zostać. Spełnię swoją obietnice. Wyjąłem spod materaca broń. Tylko jeden nabój. Idealnie.
Wsadziłem pistolet za pasek i ruszyłem na dół. Wychodząc z domu ignorowałem nawoływanie chłopaków i mocno trzasnąłem drzwiami. Wsiadłem do samochodu, wyciągnąłem kluczyki z kieszeni. Odpaliłem pojazd i z piskiem opon ruszyłem. Jechałem łamiąc wszystkie przepisy i ograniczniki prędkości. Skręciłem przy wjeździe do lasu. Droga z asfaltu zmieniła się w tą z kamieni i błota. Mocno wciskałem pedał gazu, wbijając go w podłogę, ale auto stało. Wyszedłem z niego. Opony ugrzęzły w mokrej ziemi. Warknąłem pod nosem, ruszając dalej na piechotę.
Zatrzymałem się dopiero gdy wokół mnie była tylko ciemność. Wyjąłem pistolet i naładowałem. Moja ręka trzęsła się.
Przyłożyłem go do mojej klatki piersiowej i nacisnąłem spust. Huk i ból nastąpiły prawie w tym samym momencie. Upadłem na ziemie, a pistolet wypadł mi z ręki. Oddech wydawał się tera najtrudniejszą rzeczą na świecie.
-Rocky...- mój ostatni oddech ociekł z jej imieniem.
Zobaczyłem jeszcze kilka smug światła, potem już tylko ciemność.
To koniec...


*Rocky*

W tym samym czasie.

Czułam się jak ryba, która właśnie jest łowiona. Siła jaka wyciągała mnie na powierzchnie była tak olbrzymia, że aż zabrała mi oddech. Potem był ból. W każdym skrawku mojego ciała był ogromny ból. Otworzyłam oczy by zobaczyć co się dzieje. Niestety blask jaki mnie oślepił natychmiast mi je zamknął.
-Rocky? Słyszysz mnie?- obcy głos zabrzmiał niedaleko mnie.
Kolejna próba otwarcia oczu powiodła się. Zobaczyłam, ze jetem w tym samym pokoju, który widziałam przez wodę. Wróciłam.
-Ale... Przecież twoje serce... Jak?
Mężczyzna, który stał przede mną miał szok wymalowany na twarzy.
-Gdzie.- w gardle miałam straszną gule-Gdzie jest Harry?- wychrapiałam tak cicho, że nawet ja ledwo co siebie słyszałam.
Na moje słowa spuścił głowę w dół, a jego nastrój zmienił się błyskawicznie.
-On myślał, że umarłaś, tak ja my wszyscy. - powiedział również cichym głosem.
Jak to? Przecież żyje, ale Harry myślał, że... O nie.
Po moim policzku potoczyła się łza uświadamiając mi co się dzieje. Miał przyjść do mnie jeśli nie wrócę, ale ja wróciłam. Teraz to on odszedł. Zakończył to.
To koniec...

Rozdział 11

*Rocky*

Zaśmiałam się ironicznie.
-Więc teraz się będziesz się wypierać własnych słów?- patrzyłam na jego zagubiona twarz z niedowierzaniem.
Wiedziałam, że tak będzie. Nic się nie zmieniło. Myślałam, że teraz będzie inaczej, lepiej. Nadzieja matką głupich, a ja jestem wyjątkowo naiwna. Pokręciłam głową ze zrezygnowaniem. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale szybko go wyprzedziłam.
-Powinieneś już stąd iść. Wróć z powrotem do reszty.
Zaczęłam wstawać z kamienia, aby móc iść razem z zachodzącym słońcem i na zawsze stać się już
szczęśliwa. Poczułam ucisk na nadgarstku i z powrotem opadłam na głaz patrząc na Harry'ego z zdezorientowaniem. Czego jeszcze chce?
-Nigdzie nie idę. Chyba, że z tobą. - powiedział twardo, ale w jego oczach majaczyło błaganie i desperacja.
-Harry nie wygłupiaj się. Musisz wracać...
-Ty też.- tym razem on mi przerwał.
-Ty nic nie rozumiesz.- spuściłam głowę, ale on kciukiem i palcem wskazującym zmusił mnie do
popatrzenia mu w oczy.
-To mi wytłumacz.- patrzył cały czas w moje oczy.
Westchnęłam, ale postanowiłam mu odpowiedzieć.
-Tu jest mi lepiej. Tu mogę wreszcie być szczęśliwa. Teraz nie będę dla nikogo ciężarem.
-Jeśli ktoś tu jest ciężarem to na pewno ja.
-Rozbiłam twoją rodzinę, Harry. Sam uważasz mnie za nic nie warte popychadło.
Spuścił głowę tak jakby był zawstydzony, że odkrywał prawdę. Wiedziałam. Po prostu wiedziałam, że on dalej ma mnie gdzieś. Nie dam się znów wciągać w moje stare życie. Ono dobiega końca, teraz mam nowe życie.
-Rocky, ja na-
-Powinieneś już wracać.- starałam się wysilić na najbardziej stanowczy głos, ale niestety nie udało mi się zbytnio.
-Ale...
Ignorując go zupełnie wstałam z zimnego głazu. Moje stopy zetknęły się z świeżą, zieloną trawą, która przyjemnie łaskotała mnie w palce. Powolnym krokiem ruszyłam w stronę sadzawki. Usłyszałam jeszcze jak kędzierzawy również zeskakuje z kamienia i idzie za mną. Stanęłam nad niewielkim zbiorowiskiem wodnym, gdzie woda była krystalicznie czysta, kamienie na dnie mieniły się kolorami tęczy. Przykucnęłam zanurzając palce w rześkiej wodzie. Zamieszałam nimi tworząc niewielki wir. Po chwili zamiast mojego odbicia ukazał się widok pokoju, w którym leżało moje ciało.
Maszyny znów zaczynały piszczeć, informując o tym, że kolejna próba odejścia się rozpoczyna. Do pomieszczenia wpadł mężczyzna od razu podając mi maskę z tlenem, pokręcił coś przy maszynach i kroplówce. Ale i tak to niewiele dało. Przystąpił do defibrylacji* starając się podtrzymać ostatki życia we mnie, choć to wszystko pójdzie na marne.
-On cię uratuje prawda?- patrzył na mnie, ale ja dalej wzrok wbijałam w obraz na wodzie.-Rocky?
Wtedy się lekko zaśmiałam. Po co on udaję? Przecież mogę umrzeć, mam do tego prawo, a on nie powinien się w to mieszać.
-Jesteś śmieszny.- teraz patrzył na mnie jak na idiotkę. Może już zwariowałam?
-Co?- zmarszczył brwi w niezrozumieniu.
Wzięłam jego rękę i zanurzyłam ją w krystalicznej tafli. Obraz zniknął, a po chwili wrócił, lecz inny. Teraz pokazał się pokój, w którym Harry leżał na łóżku. Pokój był skąpany w półmroku, więc nie za dużo było widać.
-Musisz wejść do wody.- zwróciłam się do chłopaka.
-Niema mowy. Nigdzie nie idę.- naburmuszył się jak małe dziecko, a mi już naprawdę puszczały nerwy.
-To nie jest czas, ani miejsce na twoją dziecinadę. Wejdź do wody, w stronę obrazu.
On tylko odsunął się parę kroków do tyłu i założył ręce na piersi. Uniósł wysoko głowę, jakby chciał pokazać, że mi nie ustąpi. Jeszcze się przekonamy. Musiałam użyć podstępu, żeby wrócił z powrotem.
-Dobrze pójdę z tobą.- przez jego twarz przeszło niedowierzanie, ale też tryumf. Oczywiście.
Podeszłam do brzegu i włożyłam stopę do sadzawki. Postawiłam na dnie i zrobiłam jeszcze parę małych kroczków wchodząc głębiej. Gdy byłam zanurzona do kolan odwróciłam się w stronę Harry'ego. Stał przy krawędzi wody wpatrując się we mnie. Zachęciłam go gestem dłoni i powoli ruszył w moją stronę. Nie czekając na niego podeszłam do miejsca, w którym znajdował się obraz. Z odległością jaką Harry przemierzał obraz zmieniał się w tęczową plamę. Gdy stanął obok mnie ukazała się plama, która przypominała benzynę mieniącą się na wodzie.
-Idź.- wskazałam na ów plamę, ale on popatrzył na mnie podejrzliwie.
-Nie. Ty pierwsza.
-O nie.
-To ja też tam nie wejdę.- zachowaniem gorzej niż dziecko, naprawdę.
Podeszłam do mieniącego się miejsca i weszłam w nie. Nie mogłam się przenieść, bo to była plama Harry'ego, nie moja. Chłopak podążył moimi śladami i stał naprzeciwko mnie wypalając dziurę w mojej twarzy swoim spojrzeniem. Nagle zaczął się szamotać i wymachiwać rękami.
-Rocky to mnie wciąga. Pomóż mi.
-Nie ruszaj się. Spokojnie, to nic takiego.- byłam spokojna, bo teraz wróci z powrotem, beze mnie i nie ma już odwrotu. - Posłuchaj mnie teraz. Ja już nie wrócę, ale ty tak.
-Co?! Nie! To nie miało być tak!- znów zaczął się szarpać.
-Nie uwolnisz się. Nie ma odwrotu.- położyłam dłonie na jego policzkach i unieruchomiłam twarz, tak, że teraz był na wprost mojej.- Jak się już obudzisz to odepnijcie mnie od tych wszystkich cholerstw. Nie potrzebne mi to, to tylko mnie osłabia.
-Ale Rocky...
-Masz być szczęśliwy tam z powrotem, okey? Spraw, żeby razem z mamą mogłyśmy oglądać twoją żonę i dzieci. Ja już nigdy nie będę ci towarzysz i wspierać jak siostra. Najwyraźniej moja rola się już skończyła. Obiecaj mi, że teraz będziesz starał się być lepszy, dobrze?
-Ja nie mogę. Nie dam rady sam.
-Dasz Harry. Obiecaj mi to.
-Obiecuję.
-Żegnaj Harry.- złożyłam krótki pocałunek na jego czole i zaczęłam się zniżać razem z nim. 
Woda już otulała moje ramiona.
-Proszę. Rocky, nie...- łza poleciała po jego policzku, a on już zniknął na zawsze.
A ja zanurkowałam starając się wyrzucić ten obraz z głowy. Odszedł.


*Harry*

-... Nie rób tego.- obudziłem się a po moim policzku toczyła się jedna łza.
Odeszła.

Rozdział 10

*Harry*
Stanąłem przed drzwiami, za którymi jak mi się wydawało chwilę temu wydobywały się dziwne dźwięki. Pełen obaw, pociągnąłem za klamkę i pchnąłem drewnianą podłogę. Ta ustąpiła mi, a wtedy moim oczom ukazał się przerażający widok.
Szybko pokuśtykałem do łóżka, na którym leżała dziewczyna. Nigdy nie widziałem jej w takim stanie i nie chciałem, żeby tak to się skończyło. To wszystko było moją  winą. Moją, pieprzona winą. Mogłem ją zostawić w tym klubie, wróciła by do miejsca, w którym była wcześniej. Żyła by sobie spokojnie, cała i zdrowa. A teraz? Leży na wpół żywa. Bo żyje prawda?
Spojrzałem przerażony na aparatury, które wolnym tempie wybijały pracę jej drobnego serduszka. Dzięki Bogu...
Wyglądała jakby przez najmniejszy dotyk mógłaby rozpaść się na kawałki. Wtedy coś we mnie pękło.
 Moje oczy zaszły łzami, a ja poczułem się słaby. Taki właśnie byłem. Płakałem nad Rocky, a ona nie zrobiła najmniejszego ruchu.
-Przepraszam. Przepraszam za wszystko. Za to jaki byłem w stosunku do ciebie. Ja po prostu nie umiałem sobie poradzić z sytuacją i wszystko zwaliłem na Ciebie. Teraz tego żałuję. To w jakim jesteś stanie... To też moja wina. Przepraszam...- cicho szlochałem, głaszcząc jej posiniaczony policzek. Patrzyłem na jej zamknięte powieki. Dlaczego nie otworzy oczu? Skanowałem wzrokiem jej twarz aby po chwili zatrzymać się na ustach. Były teraz w odcieniu fioletu.
Językiem oblizałem swoje wargi, powoli zbliżając się do jej ust. Od ich zetknięcia dzieliły milimetry, ale nie otworzyła oczu. Wtedy drzwi się otworzyły, a ja szybko odsunąłem się od dziewczyny lecz dalej stałem obok jej łóżka.
-Powinieneś być w łóżku, Harry. -rozpoznałem głos Tom'a. Nawet nie drgnąłem.
-Co jej jest? - mój głos był cichy. Mężczyzna westchnął i podszedł do mnie.
-Dostała strzał w klatkę piersiową. Kula przedostała się do płuca, powodując krwotok wewnętrzny. Ma też połamane kilka żeber. Straciła dużo krwi i do tego jest całą posiniaczona. Po tym jak udało mi się zatamować krwotok zapadła w śpiączkę. Staram się doprowadzić jej stan do stabilności, ale jej serce w każdej chwili może się zatrzymać. Nawet próbowało parę minut temu, ale udało się ją uratować.- teraz spojrzał mi w oczy z niesamowitym smutkiem i troską.- Ona może nie przeżyć nawet kilku następnych dni.

Moje policzki były mokre. Żadne słowa wypowiedziane przez niego nie docierały do mnie.
-Nie może. Nie teraz... - każdy oddech zaczął sprawiać mi ból, a przed oczami zobaczyłem czarne plamki. Ciemność...





* * *

Wiatr targał moje loki, a zimna skała chłodziła moje plecy. Otworzyłem oczy, by zobaczyć polane. Było tu pełno kamieni, kwiatów  i gór. Gdzie ja, do cholery jestem?
-Harry...- usłyszałem delikatny i tak dobrze znany mi głos.
Szybko rozejrzałem się dookoła. Wtedy zobaczyłem... mamę?
-Mamo... Jak...? Ty przecież... - głos mi się załamywał. Patrzyłem na postać drobnej kobiety z niedowierzaniem. Przecież ona nie... ona... O Boże...
-Chodź do mnie, synku.- szybko rzuciłem się w jej stronę. Przytuliłem ją powoli i delikatnie. Ona naprawdę tu jest! Zaciągnąłem się jej cudownym zapachem.
-Tak bardzo tęskniłem. Wróć to mnie. Proszę.- płakałem jak bachor, ale nie ruszało mnie to.
-Shhh... Spokojnie. Jestem tu.- przesunęła mnie teraz na długość swoich ramion i popatrzyła w moje oczy.- Posłuchaj m,nie uważnie. Musisz mi pomóc.
-Zrobię wszystko.-szybko zapewniłem, a na jej twarzy pojawił się skromny uśmiech.
-Musisz kogoś przekonać, aby wrócił z tobą z powrotem.
-Kogo?
-Ją.- popatrzyła gdzieś za moim plecami, a ja się odwróciłem.

Zobaczyłem dziewczynę w białej zwiewnej sukience. Jej włosy były rozwiewane przez wiatr, a materiał falował. Biegała miedzy kamieniami, śmiejąc się głośno. Znałem ten ten melodyjny śmiech. Popatrzyłem z powrotem na moją rodzicielkę.
-Ona musi wrócić. Jeszcze dużo przed nią. Nie może zostać ze mną. Namów ją, może ciebie posłucha.
-Ona mnie nienawidzi. Za dużo krzywdy jej zrobiłem.
-To nieprawda. Ona cię kocha, wiem to. Zaufaj mi i idź.- podeszła do mnie i pocałowała mnie w policzek. - Do zobaczenia Harry.
-Nie... Mamo proszę.- ale ona nie słuchała. Odeszła. 
Wytarłem mokre policzki i wziąłem głeboki oddech.
-Porozmawiam z nią. Żegnaj mamo.- szepnąłem i zacząłem się zbliżać do brunetki która teraz siedziała na kamieniu i wpatrywała się w zachód słońca.
Usiadłem obok niej, ale ona nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi. Dobiero po chwili się odezwała.
-Słyszłąm co do mnie mówiłeś.
-Kiedy?
-Gdy przyszłeś do mnie. Przed tym jak tu trafiłeś.
-J-jak t-too?- jąkałem się nie wiedząc jak wybrnąć z sytuacji.

Rozdział 9

*Niall*
Cztery dni minęły od naszej walki. Byliśmy tak idealnie przygotowani, ale prawie wszystko się spierdoliło. Tylko ja i Louis wyszliśmy z tego bez większego uszczerbku na zdrowiu. W najgorszym stanie okazała się być Rocky.
Musieliśmy wezwać naszego przyjaciela- lekarza, aby jej pomógł, jak i Harry'emu oraz Zayn'owi. Do tej pory tylko Mulat w miarę wyzdrowiał. Umiał już chodzić, jeść i nie potrzebował większej opieki. Harry też wracał do zdrowia. A Rocky... Nie oszukujmy się jest źle, nawet bardzo źle.
Szedłem do pokoju, w którym leżała. Nie mogliśmy z nią jechać do szpitala, bo wtedy bylibyśmy o wszystko wypytywani, a to by raczej dobrze się nie skończyło... Zamiast tego Tom'owi udało się załatwić wszystkie potrzebne maszyny i inne rzeczy.
Rocky leżała na łóżku blada i sina. Wyglądała jakby umarła, ale temu zaprzeczały ledwo widoczne poruszenia się klatki piersiowej. Była taka krucha i drobna. Jej włosy straciły ten cudowny blask, usta zwykle pulchne i różowe, teraz były popękane i fioletowawe. Policzki zapadły się, a każda inna kość była mocniej widoczna. Między wargami miała rurkę, która była podpięta do aparatury. W jej żyły, na rękach były wbite różne wenflony. Przez jeden była dostarczana krew, którą straciła.
Nagle jedna aparatura zaczęła głośniej piszczeć.
-Rocky...- podszedłem do niej.
Teraz maszyny już wrzeszczały na całego. Do pokoju wparował Tom.
-Niall wyjdź stąd.- ale ja się nie poruszyłem.-Niall! Wyjdź!
Posłuchałem go jednak, zatrzaskując za sobą drzwi.
Znów to się dzieje, a myślałem, że teraz będzie lepiej. Już czwarty raz jest reanimowana. Ale ona nie jest nawet w stanie się obudzić z tej cholernej śpiączki. Choć bardzo dużo przeszła mogłaby się obudzić. Każdy się o nią martwi. Nawet Harry. A ja... Ja chcę by znów wróciła i była tą cudowną, inteligentom, piękną i atrakcyjną Rocky. Dla mnie.
*Harry*
Ból był już do zniesienia. Teraz było już lepiej. Ale to mnie już nie obchodziło, martwiłem się o Rocky. Gdy zobaczyłem jak tamten przydupas ją bije coś we mnie zareagowało. Coś pękło i teraz nie potrafię ją wyrzucić z moich myśli. Nocami pojawia się w moich snach.
A teraz nie mogę się nawet do niej zbliżyć lub ją nawet zobaczyć. Tak naprawdę to nie wiem czemu. Nikt nie chcę mi powiedzieć czegoś więcej od tej durnej kwestii: "Żyje. Ale nie jest dobrze." No, do kurwy nędzy ja chcę wiedzieć co się z nią dzieje!
Moje rozmyślania znów przerwały dziwne dźwięki. Słyszałem je już wcześniej. Dźwignąłem się z łóżka i stanąłem na nogi. Ignorowałem ból jaki towarzyszył mi przy każdym kroku. Wyszedłem na korytarz. Zobaczyłem Niall'a schodzącego po schodach, a za nim Tom'a. Rozmawiali o czymś i można było zobaczyć na ich twarzach smutek i zaniepokojenie. Co się stało?
_______________________________________________

Rozdział 8

*Rocky*

Moją wypowiedź przerwał głośny huk. Popatrzyłam z zdezorientowaniem na Harrego. W jego oczach czaiły się iskierki. Przerażający uśmiech wdarł się na jego twarz. Ręką sięgnął do swoich pleców, a po chwili trzymał w niej pistolet. Najprawdziwszy pistolet. O kurwa. Czy on chce mnie zabić? Odwrócił się w moją stronę i puścił mi oczko.
-Postaraj się żeby cię nie zabili. Mam jeszcze w planach się tobą trochę pobawić.- co jest? Przed chwilą był wściekły. Kolejny strzał.- Na komodzie masz broń. Wiesz jak jej używać?
-Nie jestem głupia.
-Nie tym tonem, suko.- wow. Znów zmiana nastroju. Bipolarny dupek.
Harry otworzył drzwi i ostrożnie wyszedł z pokoju. Szybko ruszyłam do wskazanego wcześniej miejsca. Znalazłam cztery pistolety różnej wielkości. Wzięłam pierwszy z brzegu. Magazynek był pełny, więc go załadowałam. Ujęłam broń w obie ręce i ruszyłam na korytarz. Nikogo tu nie było. Usłyszałam krzyki na zewnątrz. Bez większego zastanowienia poszłam tam. Drzwi frontowe były otwarte, a w progu leżał mężczyzna. Jego koszulka była pokryta krwią. Nie ruszał się, więc stwierdziłam, że nie żyje. Wyminęłam go, ale po chwili stanęłam jak wryta. Niall i Luois byli się z jakimiś wielkimi bydlakami. Zayn leżał na ziemi i trzymał się za ramię, krwawiąc. Trochę dalej Harry walczył z trzema osiłkami. Po chwili wylądował na ziemi. Jeden zabrał mu broń i teraz celował nią w leżącego chłopaka.
-Harry?!- chłopak popatrzył na mnie, ale po chwili znów swoją uwagę przeniósł na napastnika, który coś powiedział do mężczyzny stojącego obok niego.
On tylko skinął głową i ruszył w moją stronę. Strach budował się we mnie wykręcając moje wnętrzności. Mocniej ścisnęłam pistolet w mojej ręce i poniosłam go do góry mierząc w postać idącą do mnie.
-Nie zbliżaj się do mnie!- przystanął na chwilę, śmiejąc się ze mnie.
-Spokojnie laleczko.- zbliżał się coraz bardziej.
-Ani kroku dalej!- nie zważając na moje słowa dalej szedł. Po chwili złapał mnie za ramie i ciągnął do samochodu. Wtedy spanikowałam...
Ciało mężczyzny upadło przede mną. Znów zabiłam człowieka. Obiecałam sobie, że więcej już tego nie zrobię, ale złamałam obietnicę.
-Ty suko!- usłyszałam głośne warknięcie za mną. Po chwili poczułam jak ktoś ciągnie mnie za włosy, tym samym powodując upadek na ziemię, obok trupa.
-Zgrywasz taką dzielną, huh?! Zaraz zobaczymy czy taka jesteś!- mężczyzna śmiał się jak psychopata.
W moim żołądku znów formował się strach, ale nie dawałam po sobie poznać, że się go boję. Wtedy to by go jeszcze bardziej nakręciło.
Pochylił się nade mną. Dotknął palcami mojego, prawego policzka, a na mojej twarzy pojawił się grymas obrzydzenia. To był błąd, bo wymierzył mi siarczystego policzka. Syknęłam przez pieczenie na skórze. Mój ból tylko go zachęcił do dalszego znęcania się. Dostałam w szczękę z jego pięści, a następnie w oko. Ból tańczył wręcz na mojej twarzy. Z cwanym uśmieszkiem poniósł się i kopnął mnie w brzuch. Odruchowo się skuliłam, desperacko starając się zmniejszyć cierpienie. Ale on nie zaprzestał. Bił mnie z coraz większą siłom. Zaczęłam dławić własną krwią. Moje ciało nie reagowało na moje polecenia. Kończyny zaczynały mi drętwieć, a obraz zamazywał się przez łzy, które kumulowały się w szybkim tempie.
Zastanawiałam, czy mnie zabije. Choć to było prawie pewne, nadal miałam jakiś gram nadziei, że ktoś zabierze tego bydlaka. Ktokolwiek do kurwa nędzy.
Chyba ktoś tam na górze wysłuchał moim błagań, bo po chwili ktoś odciągnął ode mnie mężczyznę. I tym kimś był... Harry? Przecież on mnie nienawidzi. Dlaczego mnie ratuje?
Mój brat wymierzył mocny cios w twarz mężczyzny przez co ten zachwiał się do tyłu. Lokowaty cały czas atakował nie dając bronić się mojemu napastnikowi. Upadł na ziemię, ale ku mojemu przerażeniu zaczął sięgać do tyłu, tam gdzie upadła mi broń. Kurwa mać.
-Harry uważaj!- krzyknęłam jak najgłośniej umiałam. On spojrzeć na mnie. Tamten wykorzystał jego nie uwagę i strzelił w jego klatkę piersiową. Nie!!! Harry upadł do tyłu łapiąc się za ranę. Każdy oddech sprawiał mu coraz większą trudność. Łzy spływały po wcześniejszych śladach już wyschniętych. Jego powieki opadły, a ostatnie tchnienie opuściło płuca.
-Nie... Harry... Nie...- szeptałam nie umiejąc sobie poradzić ze świadomością, śmierci mojego brata. Może i zachowywał się jak pozbawiony uczuć egoista, ale to mój brat. To mój brat do cholery.
-Teraz twoja kolej. -mężczyzna wstał i wymierzył broń w moją stronę. Dalej zabij. Mam już to w dupie.
-Zostaw ją. -kolejny wybawca? O nie..
-Nie mieszaj się Malik.
-Bo co? - mulat uniósł brew ku górze. Już po nim.
-Bo to... - strzał. Zayn syknął. Dostał w nogę. Proszę, żeby tylko go nie zabił. Nie może. Strzał. Celny. Kolejne ciało upadło, krwawiąc.
-Zayn...- spojrzał na mnie i delikatnie się uśmiechnął. Jego powieki opadły, a klatka piersiową przestała się poruszać. -Zayn! Nie możesz! Nie możesz...- głośno szlochałam. Nie, proszę. Harry, Zayn... Nie! Oni się zaraz obudzą. Muszą.
-Ostanie życzenie?
-Zgij w piekle.- syknęłam tak jak najbardziej jadowicie potrafiłam.
Ból zawładnął każdym najmniejszym skrawkiem mojego ciała. Oddychanie stało się najtrudniejszą rzeczą na świecie. Przed oczami pokazywały się czarne plamki. Z ostatnim oddechem świat znikł, a zastąpiła go ciemność. To koniec...ałam...

Rozdział 7

Jego twarz stała się czerwona, a na czole pulsowały mu żyłki ze złości. Szybkim krokiem podszedł do mnie i chwycił za moje włosy, ciągnąc je w górę. Bez żadnych skrupułów wymierzył mi siarczystego policzka.
-Ty dziwko! Nigdy nie dotykaj moich przyjaciół, bo ci kurwa ręce powyrywam!!- krzyczał na mnie, a ja mogłam zobaczyć czystą wściekłość w jego oczach. Zacisnął pięść, ale gdy chciał mnie uderzyć ręka Zayna zatrzymała go. Trzymał go mocno za ramie z obojętnym wyrazem twarzy. Harry patrzył na niego z zdezorientowaniem. Ja też tego nie rozumiałam. Czemu to zrobił?
-Co do cholery?!-mój brat starał się uwolnić z uścisku Mulata.
-Zostaw ją. Nic ci nie zrobiła. Nikomu nic nie zrobiła.
-Mylisz się. Ta kurwa zabrała mi dzieciństwo! Nigdy jej tego nie wybaczę!!! Pożałujesz tego.- ostatnie zdanie było zwrócone do mnie. Co ja do kurwy nędzy zrobiłam?! Może mi to ktoś wytłumaczyć...?

*Harry*

Niewierze. Po prostu niewierze. Zayn najpierw chciał się z nią lizać, a potem ją bronił. To do cholery mój przyjaciel! A on twierdzi, że ona nic nie zrobiła. Zabrała mi ojca, przez nią mama umarła. Zabrała mi dzieciństwo. Ale ja się zemszczę. Jeszcze będzie żałować, że wkroczyła do mojego życia.
Puściłem jej kłaki i wyszedłem z pokoju. W „salonie” siedział Niall z Louisem. Czyścili sprzęt do akcji. Było do niej jeszcze z 4 godziny, ale my zawsze musimy być idealnie przygotowani. Wyminąłem ich i ruszyłem do mojego biura. Wszędzie było pełno papierów, które aż wołały, żeby je wypełnić. Nie miałem ochoty się nimi zajmować. Rozsiadłem się w miękkim fotelu i przymknąłem powieki. Musiałem odpocząć przed tym co mnie czeka.
Niestety ktoś mi kurwa przerwał moją drzemkę. Usłyszałem ciche i niepewne stukanie o drewnianą powłokę. Zmarszczyłem brwi.
-Czego?- warknąłem. Drzwi otworzyły się, a zza nich wyjrzała brunetka. Od razy wszystkie moje mięśnie się spięły. Oczy uważnie śledziły każdy jej ruch, gdy niepewnie weszła do środka zamykając drzwi. Muszę przyznać, że byłem trochę zaskoczony, bo Rocky była ostatnią osobą jaką spodziewałem się zobaczyć. Tylko zostało jeszcze jedno pytanie- po co przyszła?
-Możemy porozmawiać?- prychnąłem na jej słowa.
-Ciekawe o czym? Nie mam nic do powiedzenia takiej osobie jak ty.
-Możesz choć raz darować sobie to wszystko?! Chce z tobą tylko porozmawiać, a ty zachowujesz się jak ostatni dupek.- zmrużyłem oczy, ale się nie odezwałem. Ciekawe co mam mi do powiedzenia... - Dlaczego? Dlaczego mnie nienawidzisz? Dlaczego mówisz, że zniszczyłam, ci dzieciństwo? Dlaczego mnie tak traktujesz? Dlaczego...?- po jej policzkach spływały łzy.
Oh, serio? Myślała, że się na to nabiorę? Urocze...
-Nie udawaj głupiej. Wiesz wszystko. Wjebałaś się w naszą rodzinę i wszystko zjebałaś. Moi rodzice się rozstali. Dlaczego? Przez ciebie. Matka umarła. Dlaczego? Również przez ciebie. Jesteś oziębłą suką. Myślisz tylko o sobie. Zniszczyłaś mi rodzinę, zniszczyłaś dzieciństwo. Ale to koniec. Nic więcej nie rozpierdolisz. Teraz będziesz płacić za wszystko, a ja nie będę litościwy, dlatego, że jestem twoim bratem. Zapomnij.- na początku patrzyła na mnie oniemiała, ale potem zaczęła beczeć jak małe dziecko. Już chciałem ją wyrzucić za drzwi, gdy usłyszałem coś co zbiło mnie z nóg.
-Przepraszam... Ja... Ja nie...- szloch łączył się z szeptem, ale wtedy usłyszeliśmy głośny huk.
No to zabijakę czas zacząć...

Rozdział 6

Ból przechodził przez moje ciało z każdym najmniejszym ruchem. Czułam na mojej twarzy promienie światła. Rozchyliła prawą powiekę z zamiarem otwarcia oczu, ale światło zmusiło mnie do ich zamknięcia. Cicho jęknęłam z niezadowolenia, a wtedy do moich uszu doszedł cichy chichot. Przez mruganie udało mi się całkowicie utworzyć oczy, które szybko zeskanowały moje otoczenie. Leżałam na łóżku, a moja kostka była przywiązana do niego. Znajdowałam się w jakimś pokoju. Była tu jeszcze stara, niewielka szafa, okno i drzwi. Pierwsze prowadziły do łazienki, a drugie na korytarz. Najbardziej moją uwagę przyciągnął chłopak siedzący na zniszczonym fotelu, obok łóżka. Patrzył na mnie z głupkowatym uśmieszkiem, a głowę opierał na ręce.
-Kim jesteś?- zmrużyłam oczy.
-Jestem Zayn.
-Co ty tu robisz? Albo... Co ja tu robię?- zachichotał na moje zmieszanie. Fajnie, że cie śmieszę.
-Twój brat kazał mi cie pilnować...
-Czego ten skurwiel ode mnie chce?!- poderwałam się z miejsca, przerywając mu w pół zdania.
- Ej, spokojnie. Nie powiedział mi nic.- przyglądałam mu się uważnie.
Wydawało mi się, że nie kłamał.
-Więc masz tu tylko tak siedzieć i pilnować, żebym była grzeczna?
-Emmm... Tak.- roześmiałam się.
Wyglądał jakby był przerażony tą funkcją. W sumie nie dziwiłam się mu. Zaraz będzie z nim źle za to co zrobił Justinowi.
-Czemu to zrobiłeś?!- mój głos był oschły. On posłał mi tylko pytające spojrzenie. - Czemu zabiłeś Justina i wyrzuciłeś go jak jakiegoś śmiecia?!- krzyczałam z całych sił.
Gniew i złość wzrastały we mnie. Ich największym błędem było przywiązanie tylko jednej nogi. Usiadłam na łóżku i zamachnęłam się. Trafiłam pięścią w jego szczękę. Kolejny cios wymierzyłam w nos. Po chwili już kapała z niego krew. Gdy znów chciałam go uderzyć chwycił moją dłoń. Złapał moje obie dłonie w swoje i nie chciał ich wypuścić. Szarpałam się, niestety on był nie wzruszony. Myślałam, że odda mi teraz wszystkie ciosy i mnie pobije, ale on tylko mnie trzymał i patrzył w oczy. Byłam bezsilna. Nagle wszystkie najgorsze rzeczy z wczoraj uderzyły we mnie. Straciłam dwojga przyjaciół. Jeszcze Harry i jego gang... Nie mogłam już dłużej powstrzymać łez. Rozryczałam się jak dziecko i użalałam nad sobą. Mulat bez słowa wstał i usiadł obok mnie. Przyciągnął mnie do siebie i zamknął w szczelnym uścisku. Na początku stawiałam opór, ale potem wtuliłam się w niego, tym samym mocząc jego koszulkę.
-Przepraszam.- usłyszałam cichy szept przy uchu. Przyjemne dreszcze przeszły moje ciało, pozostawiając delikatne mrowienie w brzuchu. Co do cholery? Podniosłam głowę. Jego kawowe tęczówki obserwowały mój najmniejszy ruch. Topiłam się w nich i wcale mi to nie przeszkadzało. Widziała złote iskierki tańczące przy jego źrenicy. Spojrzał na moje usta, a potem powrócił swój wzrok na oczy. Zaczął powoli przybliżać swoją twarz do mojej. Uważnie mi się przyglądał. Pewnie myślał, że go odtrącę lub wyśmieje. Nie miałam takiego zamiaru, wręcz przeciwnie. Ja też zaczęłam się do niego przybliżać. Zamknęłam oczy dając ponieść się chwili. Czułam jego oddech na swojej skórze. Nagle ktoś otworzył drzwi. Szybko otworzyłam oczy. Zayn wpatrywał się w drzwi z kamiennym wyrazem twarzy, ale w jego oczach majaczył... Strach? Zwróciłam głowę w stronę drzwi i zamarłam. W progu stał rozwścieczony Harry. No to mam przejebane...