niedziela, 4 października 2015

Rozdział 11

*Rocky*

Zaśmiałam się ironicznie.
-Więc teraz się będziesz się wypierać własnych słów?- patrzyłam na jego zagubiona twarz z niedowierzaniem.
Wiedziałam, że tak będzie. Nic się nie zmieniło. Myślałam, że teraz będzie inaczej, lepiej. Nadzieja matką głupich, a ja jestem wyjątkowo naiwna. Pokręciłam głową ze zrezygnowaniem. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale szybko go wyprzedziłam.
-Powinieneś już stąd iść. Wróć z powrotem do reszty.
Zaczęłam wstawać z kamienia, aby móc iść razem z zachodzącym słońcem i na zawsze stać się już
szczęśliwa. Poczułam ucisk na nadgarstku i z powrotem opadłam na głaz patrząc na Harry'ego z zdezorientowaniem. Czego jeszcze chce?
-Nigdzie nie idę. Chyba, że z tobą. - powiedział twardo, ale w jego oczach majaczyło błaganie i desperacja.
-Harry nie wygłupiaj się. Musisz wracać...
-Ty też.- tym razem on mi przerwał.
-Ty nic nie rozumiesz.- spuściłam głowę, ale on kciukiem i palcem wskazującym zmusił mnie do
popatrzenia mu w oczy.
-To mi wytłumacz.- patrzył cały czas w moje oczy.
Westchnęłam, ale postanowiłam mu odpowiedzieć.
-Tu jest mi lepiej. Tu mogę wreszcie być szczęśliwa. Teraz nie będę dla nikogo ciężarem.
-Jeśli ktoś tu jest ciężarem to na pewno ja.
-Rozbiłam twoją rodzinę, Harry. Sam uważasz mnie za nic nie warte popychadło.
Spuścił głowę tak jakby był zawstydzony, że odkrywał prawdę. Wiedziałam. Po prostu wiedziałam, że on dalej ma mnie gdzieś. Nie dam się znów wciągać w moje stare życie. Ono dobiega końca, teraz mam nowe życie.
-Rocky, ja na-
-Powinieneś już wracać.- starałam się wysilić na najbardziej stanowczy głos, ale niestety nie udało mi się zbytnio.
-Ale...
Ignorując go zupełnie wstałam z zimnego głazu. Moje stopy zetknęły się z świeżą, zieloną trawą, która przyjemnie łaskotała mnie w palce. Powolnym krokiem ruszyłam w stronę sadzawki. Usłyszałam jeszcze jak kędzierzawy również zeskakuje z kamienia i idzie za mną. Stanęłam nad niewielkim zbiorowiskiem wodnym, gdzie woda była krystalicznie czysta, kamienie na dnie mieniły się kolorami tęczy. Przykucnęłam zanurzając palce w rześkiej wodzie. Zamieszałam nimi tworząc niewielki wir. Po chwili zamiast mojego odbicia ukazał się widok pokoju, w którym leżało moje ciało.
Maszyny znów zaczynały piszczeć, informując o tym, że kolejna próba odejścia się rozpoczyna. Do pomieszczenia wpadł mężczyzna od razu podając mi maskę z tlenem, pokręcił coś przy maszynach i kroplówce. Ale i tak to niewiele dało. Przystąpił do defibrylacji* starając się podtrzymać ostatki życia we mnie, choć to wszystko pójdzie na marne.
-On cię uratuje prawda?- patrzył na mnie, ale ja dalej wzrok wbijałam w obraz na wodzie.-Rocky?
Wtedy się lekko zaśmiałam. Po co on udaję? Przecież mogę umrzeć, mam do tego prawo, a on nie powinien się w to mieszać.
-Jesteś śmieszny.- teraz patrzył na mnie jak na idiotkę. Może już zwariowałam?
-Co?- zmarszczył brwi w niezrozumieniu.
Wzięłam jego rękę i zanurzyłam ją w krystalicznej tafli. Obraz zniknął, a po chwili wrócił, lecz inny. Teraz pokazał się pokój, w którym Harry leżał na łóżku. Pokój był skąpany w półmroku, więc nie za dużo było widać.
-Musisz wejść do wody.- zwróciłam się do chłopaka.
-Niema mowy. Nigdzie nie idę.- naburmuszył się jak małe dziecko, a mi już naprawdę puszczały nerwy.
-To nie jest czas, ani miejsce na twoją dziecinadę. Wejdź do wody, w stronę obrazu.
On tylko odsunął się parę kroków do tyłu i założył ręce na piersi. Uniósł wysoko głowę, jakby chciał pokazać, że mi nie ustąpi. Jeszcze się przekonamy. Musiałam użyć podstępu, żeby wrócił z powrotem.
-Dobrze pójdę z tobą.- przez jego twarz przeszło niedowierzanie, ale też tryumf. Oczywiście.
Podeszłam do brzegu i włożyłam stopę do sadzawki. Postawiłam na dnie i zrobiłam jeszcze parę małych kroczków wchodząc głębiej. Gdy byłam zanurzona do kolan odwróciłam się w stronę Harry'ego. Stał przy krawędzi wody wpatrując się we mnie. Zachęciłam go gestem dłoni i powoli ruszył w moją stronę. Nie czekając na niego podeszłam do miejsca, w którym znajdował się obraz. Z odległością jaką Harry przemierzał obraz zmieniał się w tęczową plamę. Gdy stanął obok mnie ukazała się plama, która przypominała benzynę mieniącą się na wodzie.
-Idź.- wskazałam na ów plamę, ale on popatrzył na mnie podejrzliwie.
-Nie. Ty pierwsza.
-O nie.
-To ja też tam nie wejdę.- zachowaniem gorzej niż dziecko, naprawdę.
Podeszłam do mieniącego się miejsca i weszłam w nie. Nie mogłam się przenieść, bo to była plama Harry'ego, nie moja. Chłopak podążył moimi śladami i stał naprzeciwko mnie wypalając dziurę w mojej twarzy swoim spojrzeniem. Nagle zaczął się szamotać i wymachiwać rękami.
-Rocky to mnie wciąga. Pomóż mi.
-Nie ruszaj się. Spokojnie, to nic takiego.- byłam spokojna, bo teraz wróci z powrotem, beze mnie i nie ma już odwrotu. - Posłuchaj mnie teraz. Ja już nie wrócę, ale ty tak.
-Co?! Nie! To nie miało być tak!- znów zaczął się szarpać.
-Nie uwolnisz się. Nie ma odwrotu.- położyłam dłonie na jego policzkach i unieruchomiłam twarz, tak, że teraz był na wprost mojej.- Jak się już obudzisz to odepnijcie mnie od tych wszystkich cholerstw. Nie potrzebne mi to, to tylko mnie osłabia.
-Ale Rocky...
-Masz być szczęśliwy tam z powrotem, okey? Spraw, żeby razem z mamą mogłyśmy oglądać twoją żonę i dzieci. Ja już nigdy nie będę ci towarzysz i wspierać jak siostra. Najwyraźniej moja rola się już skończyła. Obiecaj mi, że teraz będziesz starał się być lepszy, dobrze?
-Ja nie mogę. Nie dam rady sam.
-Dasz Harry. Obiecaj mi to.
-Obiecuję.
-Żegnaj Harry.- złożyłam krótki pocałunek na jego czole i zaczęłam się zniżać razem z nim. 
Woda już otulała moje ramiona.
-Proszę. Rocky, nie...- łza poleciała po jego policzku, a on już zniknął na zawsze.
A ja zanurkowałam starając się wyrzucić ten obraz z głowy. Odszedł.


*Harry*

-... Nie rób tego.- obudziłem się a po moim policzku toczyła się jedna łza.
Odeszła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz